piątek, 29 sierpnia 2014

Jak długo powinien trwać nasz trening?

Czy zastanawialiście się kiedyś ile czasu należy poświęcić na jeden pełny trening? "Chodzą" teorie, że im dłużej - tym lepiej, ale czy to ma sens? 

Słyszałam wiele opinii, najczęściej powtarzane dotyczą minimalnego czasu, który wynosi 30 minut. Uznaje się bowiem, że pół godziny to dolna granica skuteczności treningu. Wystarczy to na zmniejszenie ciśnienia krwi, a także obniżenie ryzyka chorób serca, osteoporozy czy cukrzycy. Mówi się także, że jest tyle czasu wystarczy poświęcić dziennie, by utrzymać prawidłową masę ciała. Dobrze jednak wiemy, że nie dla każdego jest to "dawka" wystarczająca. Ja osobiście trzymam się wersji, że pół godziny to może sobie ćwiczyć jakaś osoba w średnim wieku dla utrzymania zdrowia, bo dla dobrej kondycji jest to zdecydowanie za mało. Jaka jest więc górna granica skuteczności treningu i czy w ogóle istnieje?

Tutaj opinie nie są już takie same. Czas treningu zależy także od jego celu; masa, rzeźba, wytrzymałość czy odchudzanie? Wszystko to ma znaczenie, bo jak wiemy, przykładowo godzina na aerobicu to nie jest ta sama godzina co na siłowni, kiedy ćwiczymy na maszynach. Można zrobić więcej przez godzinę samemu w domu niż na siłowni przez godzin - na przykład - 3! Powszechna jest też teoria, że jeśli jest to trening na masę to powinien być jak najkrótszy, a jeśli trening ma na celu rzeźbę, to musi być jak najdłuższy. Ale czy można w ogóle dokonać takiego podziału? Ominę więc temat "masy", a skupię się na takich zwykłych treningach, które wykonujemy dla wzmocnienia naszego ciała.

Przyjmuje się, że dobry i wartościowy trening powinien trwać godzinę. Tyle też zazwyczaj trwają zajęcia treningowe w klubach fitness, zawierając w sobie rozgrzewkę oraz końcowy stretching. Ale czy warto zostawać na kolejnej godzinie zajęć? Czy aby na pewno dwie godziny treningu są lepsze od jednej? No i tu zaczyna się temat do dyskusji. Istnieją bowiem badania, które stwierdzają, że po godzinie i dziesięciu minutach dochodzi do katabolizmu i zaczynamy spalać mięśnie. Zakładam oczywiście, że przez cały ten czas intensywnie ćwiczymy, a nie machamy nogą przez 10 minut, a potem przez kolejne 15 odpoczywamy ;) Żeby więc trening uznać za skuteczny, przyjmuje się, że należy go wykonywać płynnie przez 60 minut. Co do teorii niszczącego nasze mięśnie kortyzolu, też można polemizować. Są osoby, które twardo wierzą, że wydziela on się w niebezpiecznych ilościach po upływie godziny. Tylko tak jak już wspomniałam, każdy przez tą godzinę robi tak naprawdę inną pracę. Zależy to bowiem nie tylko od naszej intensywności wkładanej w trening, ale także od naszego wieku, kondycji itd. Działa to tak samo jak ze spalanymi kaloriami - każda osoba spala inną ilość w tym samym czasie, robiąc to samo. Nie jest prawdą, że jeśli bieżnia pokazała nam ilość spalonych kalorii to właśnie tyle ich zrzuciliśmy. To nie jest niestety takie proste i oczywiste, a wszystko to ma na celu tylko zobrazowanie nam pracy, którą wykonaliśmy. 


Przyjmując więc, że nie biegamy w maratonach, a także nie robimy masy, to moim zdaniem - rozsądny i skuteczny trening powinien trwać właśnie 60 minut. Godzina ta powinna być jednak maksymalnie wykorzystana. Osobiście wolę spiąć się na jednych zajęciach w klubie fitness niż przemęczyć dwie z rzędu. Treningi na maszynach w siłowniach nie są wliczane, bo dobrze wiemy jak wygląda przemieszczanie się na kolejne sprzęty, na które niejednokrotnie się czeka ;)

A co Wy o tym myślicie? Jak długo trwa Wasz trening?

środa, 27 sierpnia 2014

Ciało idealne?

Dziś chcę się z Wami podzielić moim wyobrażeniem o doskonałej figurze. Przedstawię Wam sylwetki, które są według mnie idealne oraz takie, które uważam za przereklamowane. Wiadomo - są różne gusta, można dyskutować o tym jak wygląda ideał, a i tak pewnie nie dojdziemy do porozumienia; ilu ludzi tyle ideałów :) Co mi się podoba? To co prawie wszystkim mężczyznom na świecie - ładne piersi, wcięcie w talii, zaokrąglone biodra, płaski brzuch i delikatne rysy mięśni na całym ciele - kto tak wygląda? Aniołki Victoria's Secret! Uwielbiam je, a także uważam je za symbol kobiecości. Wśród nich pewnie każdy znalazłby swój ideał: - większe - mniejsze piersi, większą - mniejszą pupę, szersze - węższe biodra - wszystkie są piękne!

Nie będę wrzucać zdjęć reklamujących VS ze strony internetowej, bo wszyscy wiemy, że są one "podkręcone", ale jeśli ktoś szuka motywacji to polecam pooglądać bieliznę czy na przykład stroje kąpielowe ;) https://www.victoriassecret.com/





Nie mogę się napatrzeć :) W przeciwieństwie do zdjęć poniżej. Przedstawiają figury, których fenomenu nie rozumiem. Nie będę wchodzić w polemikę na temat definicji piękna, po prostu nie chciałabym tak wyglądać i uważam, że jest to niekobiece.



I oczywiście...

niedziela, 24 sierpnia 2014

Co mnie wkurza...

Dziś trochę prywaty, bo nie mam weny tworzyć tekstów o zdrowym jedzeniu lub aktywności fizycznej, jakich w necie mamy milion. Jest tego tyle, że czasem zadaje sobie pytanie - co ja tutaj robię?! Miałam pisać o pieczywie - patrzę, jest kilka takich postów w ostatnim tygodniu. Miałam pisać o treningu siłowym - patrzę, jest tych postów nie kilka, nie kilkanaście, ale chyba kilkadziesiąt. Na "chłopski rozum" - kto by czytał kolejny tekst o tym, że warto odstawić białe pieczywo? Albo, że od treningu z obciążeniami nie zrobimy się koksami? Mam wrażenie, że wszyscy już wszystko wiedzą i pisanie w kółko o tym samym już nie tylko nie jest potrzebne, ale wręcz demotywuje. Bo dookoła tylko hasła: pij wodę, jedz śniadanie, jedz warzywa, nie jedz słodyczy, nie jedz produktów pszennych, biegaj, ćwicz itd. Szczerze? Denerwuje mnie to już... Całe to życie fit stało się jakąś nową religią, w którą wszyscy wierzą, ale nie każdy praktykuje. Jest to rodzaj niemal obsesji, może i zdrowej, ale jednak obsesji. Wyrzuty sumienia po "niezdrowym" posiłku lub nieodbytym treningu? Chyba czas wyluzować... życie w obecnych czasach jest ogólnie niezdrowe. Warto wybierać mniejsze zło, wiadomo - ale nie popadajmy w przesadę. A co mnie wkurza w życiu fit? Nie jedzenie, nie ćwiczenia, ale ta cała otoczka. Kolorowe ciuszki najlepszych marek do najnowszego klubu fitness, "milion pięćset sto dziewięćset" neonowych gadżetów, jakieś słoiki z rurkami... WTF?! Czy naprawdę robi Wam różnicę w czym pijecie koktajl? Czy jest to szklanka, słoik, kufel czy kubek? Czy rurka jest różowa czy niebieska? Jest się wtedy bardziej Fit czy o co chodzi? A robienie sobie zdjęć na siłowni do lustra? Nie mówcie mi, że ma to kogoś motywować... to jest po prostu samozachwyt. Żyjmy zdrowo, ale nie na pokaz!

Ponieważ dość mocno sobie pomarudziłam, czas na relaks :) Filmik pewnie Wam dobrze znany, który - według mnie - przedstawia parę z ogromną pasją, bez zbędnej oprawy ;) Takie coś mnie motywuje!

 

Pozdrawiam ;)

środa, 13 sierpnia 2014

Strefa komfortu?!

Choć nie było mnie tu chwilę, ten czas zainspirował mnie do poruszenia dość istotnego tematu. Dotyczy on osób, którym udało się schudnąć i czują się już dobrze w swoim ciele. Po pierwsze wszystkim im gratuluję i z dumą oznajmiam, że zaliczam się do tego zaszczytnego grona :) Ponieważ jednak są wakacje, urlopy, wieczorne grille, imprezy z alkoholem... stajemy przed trudnym zadaniem utrzymania zdrowego systemu odżywania. Nie mówię już nawet o efekcie jo-jo, bo to nie wchodzi w grę - nikt na pewno nie rzucił się na golonkę czy tort zaraz po zakończeniu etapu redukcji. Problem jest w kwestii wakacyjnych grzeszków, na które sama daję akceptację - jednakże sens w tym, żeby wyczuć granicę. Jeśli już naprawdę dobrze wyglądamy to często przyświeca nam myśl, że jak RAZ coś zjem, to na pewno NIC się nie stanie. I tak jest - tylko pytanie brzmi, czy to jest RAZ? Czy może raz dziennie? To się właśnie nazywa STREFA KOMFORTU - czyli taki etap naszego odchudzania, w którym pozwalamy sobie na więcej, albowiem w pełni akceptujemy swoje ciało. Osobiście, będąc na redukcji uważałam dosłownie na wszystko - nawet z jakim mlekiem mam robioną kawę gdy jestem u kogoś gościem. Gdy mój organizm docenił całe to poświęcenie poczułam się na tyle komfortowo, że mogę teraz pozwolić sobie na więcej (ale nie na znacznie więcej - wyczuj różnicę). Z początku każdy, nawet najmniejszy wyskok żywieniowy obarczony był wyrzutami sumienia i zwykle skutkował dodatkowym treningiem. Teraz - chyba głównie przez wakacje - ciężko mi odmówić wieczornego drinka czy kiełbaski z grilla - ale już tak tego nie przeżywam. Mam poczucie, że na to zasłużyłam - a lato jest przecież tak krótkie! Poczułam więc swoją strefę komfortu, która niestety może być zgubna. Wierzę jednak, że wakacje są za krótkie by przy tak niewielu odstępstwach od diety zrujnować sobie pracę kilku wcześniejszych miesięcy... Nigdy w życiu :)


Dodam jeszcze, iż nie piszę o cheat meal czy nawet cheat day. Te formy odstępstw akceptowalne są w czasie trzymania diety, ja natomiast piszę o "poluzowaniu sznura" na okres wakacyjny - o ile jesteśmy już w dobrym przedziale wagowym. Pamiętajmy jednak, żeby kontrolować nasze ciało i przy jakichkolwiek zmianach na gorsze - w miarę szybko się opamiętać :) Bo tak jak pisałam, strefa komfortu to nie jest dla mnie kebab popity colą, ale na przykład kawa latte, czy kanapka z żółtym serem, czyli teoretycznie nie groźne przekąski, które jednak do dietetycznych nie należą ;) A wszystko to piszę do Was zajadając ruskie pierogi ze skwarkami ;)

środa, 30 lipca 2014

Endermologia LPG

Zabieg zwany endermologią nie jest nowością, zmieniają się jedynie technologie. Pierwszy kontakt z takim urządzeniem miałam prawie 5 lat temu, kiedy jeszcze reklamowano je jako rewolucyjną nowinkę do walki z tłuszczem i cellulitem. Ceny także były znacznie większe niż obecnie, więc celowałam w promocje, które dawano w momencie kupowania serii zabiegów. Ponieważ dobrze sobie zdawałam sprawę z tego, iż 1 czy 2 zabiegi nie pomogą, od razu zakupiłam serię 10x. Postanowiłam także, że będę na nie chodzić bardzo regularnie, tj. 3x w tygodniu. Wtedy również za kostium była dodatkowa opłata, jeśli dobrze pamiętam wynosiła ona 90 zł. Dziś zazwyczaj jest on w cenie zabiegu. Tak więc zakupiłam karnet na 10 endermologii w cenie 1000 zł i zaczęłam swoją przygodę, pełna nadziei i oczekiwań. Zabieg nie należał do przyjemnych, wręcz był bolesny. Pierwszy raz zrobiony był on na całe ciało, włącznie z rękami, plecami i łydkami, później jednak skupialiśmy się już tylko na partiach problemowych, głównie brzuch, pośladki i uda. Nie ukrywam, że były to dla mnie tortury, po których miałam na ciele siniaki i wyglądałam jak po pobiciu. Dodatkowo miałam bardzo uwrażliwioną skórę, która bolała mnie nawet podczas wsmarowywania kremu. Byłam jednak bardzo dzielna, bo przecież efekty miały mnie zwalić z nóg. No i właśnie, czy było tak jak obiecywano? Powiem Wam zupełnie szczerze, że ani trochę! Cellulit nawet jeśli się ciut zmniejszył to osiągnęłabym taki sam efekt prostszymi metodami, a skórę nawilżyłabym po prostu balsamem i też byłby efekt wygładzenia. W centymetrach nie zmieniło się nic. Nie zeszło nawet 0,5 cm z ud, a po cichu liczyłam na przynajmniej 3-4 cm. Co gorsza, pękło mi naczynko. Podsumowując, nie byłam zadowolona z efektu i żałowałam wydanych 1090 zł na takie nieefektowne tortury. Wtedy też postanowiłam, że nigdy więcej nie skuszę się na tego typu zabiegi - aż do teraz. Otóż, od jakiegoś czasu jestem w trakcie robienia sobie zabiegów endermologii, przy czym na wstępie zaznaczam, że jest to zupełnie inna maszyna. Kiedyś głowica takiego urządzenia po prostu zasysała skórę i działała jednolicie przez cały zabieg. Ta nowa, ma 3 funkcje i każda ma inny cel. Zabieg również odbywa się w kostiumie, ale nie jest bolesny, a wręcz przyjemny - na niektórych partiach. Przedstawię Wam teraz co pisze producent, jakie obiecuje efekty i dlaczego akurat to urządzenie różni się od tradycyjnej endermologii.


Ponad 20 lat trwały badania, doświadczenia i prace technologiczne byś dziś mogła pozwolić sobie na bezpieczną poprawę urody i zrzucenie zbędnych kilogramów bez potów na siłowni czy stosowania drakońskich diet. Dziś naukowcy na całym świecie uznają Endermologię za rewolucyjną metodę na walkę z upływem czasu. Odkryta dzięki endermologii zdolność naszych komórek do budzenia się z letargu spowodowanego wiekiem jest wręcz zdumiewająca. Okazuje się, że dzięki precyzyjnej i odpowiednio przebiegającej stymulacji skóry możemy obudzić swoje komórki i sprawić, by jak dawniej pracowały na nasz piękny wygląd. Endermologia™ de facto zwalcza przyczyny starzenia się skóry i odkładania tłuszczu poprzez reaktywację komórek najważniejszych dla młodego wyglądu (fibroblastów) i lipolizy (adipocytów). Co niezwykle istotne, jest to metoda całkowicie bezbolesna i nieinwazyjna.
Lipomassage metodą Endermologie™ to nowatorska metoda masażu, dzięki któremu zbędne kilogramy przestaną Ci spędzać sen z powiek i wreszcie staniesz przed lustrem z uśmiechem na twarzy. Bez bólu i łez, rozprawisz się z upartym, opornym na dietę i gimnastykę tłuszczem. Zaletą Lipomassage™ jest jego precyzja, bowiem może być użyty wszędzie tam, gdzie uważasz, że jest to potrzebne. A więc modele sylwetkę zgodnie z Twoim życzeniem.

Efekt LPG® Endermologie™ naprawdę Cię zaskoczy i:
• zyskasz jędrną i gładką skórę;
• będziesz szczuplejsza dokładnie tam, gdzie sobie tego życzysz;
• pozbędziesz się cellulitu;
• doprowadzisz do stanu sprzed ciąży swoją skórę i sylwetkę;
Warto zaznaczyć, że zabiegom LPG® Endermologie™ poddawać się może również mężczyzna. 


Rodzaje masaży ciała metodą Endermologii:
  • masaż antycellulitowy – likwidacja “skórki pomarańczowej”, wygładzenie skóry, poprawa jej kolorytu
  • modelowanie sylwetki – praca nad zlokalizowanymi otłuszczeniami i miejscami trudnymi do wyćwiczenia
  • masaż anty-aging – pojędrnianie skór dojrzałych, rozciągniętych po odchudzaniu i przygotowanie do zmniejszania wagi
  • przygotowanie skóry do ciąży – po serii zabiegów skóra jest silniejsza i bardziej odporna na rozciąganie i działanie hormonów
  • masaże po zabiegach chirurgicznych – likwidacja obrzęków krwiaków
  • blizny, rozstępy – spłycanie, uelastycznianie, poprawa koloryt.

Jakie są przeciwwskazania do wykonania endermologii?
  • ciąża
  • żylaki
  • zapalenie żył
  • lokalne stany zapalne i choroby skóry
  • przerwanie ciągłości skóry
  • przepuklina
  • nadciśnienie
  • rozrusznik serca
  • skłonność do krwotoków
  • trądzik aktywny
  • trądzik różowaty
  • infekcje
  • poparzenia słoneczne
  • stosowanie leków przeciwzakrzepowych
  • łuszczyca, bielactwo
  • nowotwory.
Jak widać, wszystko brzmi bardzo zachęcająco, a według Pani kosmetolog, która mnie prowadzi, pierwsze efekty mam zobaczyć po mniej więcej 4 zabiegach. W tym momencie byłam na nich dopiero 2 razy więc jeszcze obiektywnie nie mogę się wypowiedzieć, ale obiecuję, że po skończonej serii wszystko Wam opiszę ze szczegółami. Dodam tylko, że serię 10 endermologii wraz z kostiumem kupiłam za 699 zł.



A oto linki do wcześniejszych postów z "pomocami gabinetowymi" ;)



wtorek, 22 lipca 2014

Suplementy diety

Siedząc przed komputerem jesteśmy zasypywani reklamami typu "Odchudza po jednym spożyciu!", "Odmładza po pierwszej aplikacji!", "Lekarze przerażeni skutecznością diety!". Powiem Wam szczerze, że jestem w szoku, że wciąż kontynuuje się tego typu marketing. Dzisiejsze społeczeństwo jest przecież dużo lepiej wyedukowane w kwestii wellness niż kiedyś i robienie z nas kretynów jest złą drogą sprzedaży. Czy naprawdę istnieją magiczne tabletki odchudzające? Czy powstał cudowny krem, który po nałożeniu odmłodzi nas o 10 lat? Dlaczego więc nie reklamuje się suplementacji i kosmetyków jako pomoc w dbaniu o siebie, zamiast wmawiać nam, że to te rzeczy zrobią za nas całą robotę? Kosmetyków jest tysiące, więc ten temat pominę, nie będę bowiem konkurować z koleżankami z blogów urodowych, które mają za sobą testy setek różnych preparatów. Powiem jednak trochę o suplementacji, ponieważ spożywałam je wielokrotnie, a w tej chwili jestem na jednej z nich i planuję być dożywotnio. Swoją przygodę ze wspomagaczami diety zaczęłam około 8 lat temu, oczywiście wybierając rzeczy dostępne w aptekach. Wydawało mi się, że coś co jest kupione w aptece nie może zaszkodzić, jest z pewnością przebadane, no i warto zaryzykować. Rozpoczynało się to delikatnie, od jakichś tabletek na cellulit, przyspieszaczy spalania tłuszczu, dietetycznych herbatek. Tabletki kupowałam hurtowo wedle teorii, że jedno opakowanie i tak nie da efektów, więc jak zjem co najmniej 3 pudełka to będę mogła ocenić ich skuteczność. Ponieważ nie widziałam żadnych zmian, zmieniałam suplementację na inną, a wybór od zawsze był spory. Ciągle pojawia się jakaś nowa firma obiecująca nam piękne ciało. Nie zaprzestałam łykania tabletek, ponieważ wmawiałam sobie, że choć nie widać efektu, to jeśli odstawię suplementy to przecież może być jeszcze gorzej. Więc w sumie założyłam, że lepiej niech będzie tak jak jest, bo po co ryzykować.

Nie jestem w stanie teraz opisać wszystkich suplementacji jakie stosowałam, ale w ostatnim czasie najwięcej połykałam "Slim Green", "Asystor Slim", "Linea" plus jedne tabletki zamówione przez internet, gdzie przy nieuzyskanym rezultacie obiecywano zwrot pieniędzy. Powiem Wam, że cieszę się, że ten etap życia mam już za sobą. Dobieranie sobie na własną rękę suplementacji jest dość ryzykowane, zwłaszcza, że wiele z nich ma bardzo nienaturalny skład, a najbardziej niebezpieczne są te kupowane przez internet. Ostrzegam więc Was przed wyborem jakichkolwiek odchudzających tabletek, zwłaszcza z nieznanych źródeł. Mi osobiście żadna z tych suplementacji w niczym nie pomogła, mimo iż od zawsze ćwiczyłam i uprawiałam sport!

Pisałam Wam już wielokrotnie o magicznej dacie 24 lutego bieżącego roku. To właśnie wtedy wszystko się zmieniło. Od tej chwili zaczęłam zdrowo jeść, przede wszystkim regularnie, a także wprowadziłam pomoc żywieniową, która nie odchudza z założenia, lecz przede wszystkim dożywia organizm. Mówię tu o mojej obecnej suplementacji - HERBALIFE. Dzięki niej wszystko nagle stało się przyjemnością. Nie byłam głodna, nie byłam zmęczona, nie byłam poddenerwowana ograniczeniem jedzenia. Co ciekawe, miałam więcej sił, przestałam pić kawy i ani razu nie byłam chora! Dzięki tej suplementacji schudłam 18 kilogramów w mega zdrowy sposób. Pomogła mi bowiem schodzić z tkanki tłuszczowej, przy zachowanej tkance mięśniowej, a także bez ubytków wody w organizmie. Będę ją polecać każdemu kto zamierza w zdrowy i mądry sposób zmienić swoje życie. Herbalife to bowiem dożywanie organizmu, dostarczanie mu wszystkiego czego potrzebuje - a jeśli mamy wszystko czego oczekuje nasze ciało - to nie mamy żadnych ciągotek na niezdrowe jedzenie. I tak naprawdę mogłabym o tym pisać jeszcze wiele, ale po co? Kto jadł cokolwiek z Herbalife ten na pewno ma swoje własne zdanie. 


Nie chcę, by ten post był traktowany jako reklama, dzielę się z Wami moim doświadczeniem oraz opowiadam o swoich postępach. Jeśli mi coś pomogło, to dlaczego mam o tym nie powiedzieć? :)


Oto linki do wcześniejszych postów z taką tematyką:


czwartek, 17 lipca 2014

Wystarczy chcieć!

Postanowiłam, że dziś napiszę trochę od siebie. O tym co lubię, dlaczego prowadzę blog, co mnie wkurza, do czego dążę. Oszczędzę Wam natomiast kolejnych informacji o tym jak schudnąć, bo ileż można?! Blogów o fit tematyce jest mnóstwo. Nawet blogerki modowe się tym zajmują, więc jest w czym wybierać. Życie fit jest trendy, powstaje wiele restauracji z dietetycznym jedzeniem, siłownie i kluby fitness rosną jak grzyby po deszczu, a sklepy - nie tylko te sportowe - wprowadzają coraz to nowe kolekcje strojów do treningu. Chodakowska woła do ćwiczeń z telewizorów, Lewandowska uczy fit gotowania, youtube aż pęka od filmów z treningami, nawet stacja muzyczna Eska Tv po 23 pokazuje piękne panie ćwiczące w rytm najnowszych hitów. Szczerze Wam powiem - można już tym zwymiotować. Jeśli ktoś sam nie postanowi zmienić swojego stylu życia to żadne komercyjne trenerki tego już nie zrobią. Ja naprawdę rozumiem formę motywacji, ale czy ktoś tak serio wstał rano z kanapy, bo Chodakowska w telewizji śniadaniowej powiedziała "a teraz robimy wszyscy pajacyki"? Do czego zmierzam i o co mi chodzi? Pisząc to wszystko mam na myśli fakt, że każda zmiana lub próba zmian zaczyna się w naszej głowie. To ja sama mam stanąć przed lustrem, spojrzeć na siebie i zastanowić się czy to co widzę odpowiada mi czy nie. Jeśli nie jestem zadowolona ze swojego ciała to chcę to zmienić i zaczynam robić wszystko by tak właśnie się stało. Robię to dla siebie, bo sama tak postanowiłam, a nie dlatego, że ktoś mi kazał, ktoś mnie namówił, ktoś mi przegadał lub ktoś mi coś zaproponował. To moje ciało, mój wybór, moje życie. Sięgam po pomoc trenerów, dietetyków itd. w momencie kiedy sama rozumiem swoje potrzeby. Decyzję podejmujemy sami, bo tylko wtedy możemy wziąć odpowiedzialność za całą resztę. Nagromadzenie słów "ja" oraz "sama" ma tutaj naprawdę spore znaczenie. Pamiętajmy, że nikt za nas niczego nie zrobi, a tym bardziej nie zadecyduje. Dbamy o siebie - dla siebie. Nie po to, żeby wysłać zdjęcie do Chodakowskiej, wmawiając wszystkim, że to zasługa tylko Skalpela. Nie po to, żeby koleżanki były zazdrosne, a mężczyźni rzucali komplementy. Nie po to, żeby latem ubrać mini. To są tylko jedne z licznych argumentów nas motywujących. Nie są to jednak nasze cele. Celem jest bowiem nasze dobre samopoczucie! Jeśli jestem zadowolona ze swojego ciała - czuje się pewnie, jestem odważniejsza, łatwo nawiązuje nowe kontakty, jestem bardziej towarzyska, częściej się uśmiecham i jestem po prostu szczęśliwsza!


Dopiero gdy sami postanowimy, że zaczynamy od nowa, możemy korzystać z pomocy innych. Wtedy bardzo przydatne są tego typu blogi, zwłaszcza te, które przedstawiają prawdziwe historie kobiet, którym udało się skutecznie schudnąć. Wprawdzie lubię blogi profesjonalnych trenerów, bo jednak są to osoby z dużym doświadczeniem, to mimo to bardziej przekonują mnie zwykłe dziewczyny, które swoją ciężką pracą zgubiły zbędne kilogramy. Jest to zdecydowanie najbardziej motywujące. Chętnie korzystam również z blogów kulinarnych, które są po prostu świetne! Nie dość, że opisują jak zrobić pyszne fit potrawy, to dodatkowo prezentują przepiękne zdjęcia, które aż same nas pchają w kierunku kuchni. Wszystko to jest jednak nic nie warte jeśli nie zmienimy swojego myślenia. Nie może być tak, że my coś próbujemy - a może się uda, zobaczymy. Nie! Nie! Nie! Nie, że może... ale na pewno! Na pewno się uda, zmieniam się, chcę tego, postanowiłam, działam! Z własnego doświadczenia wiem, że albo robimy coś na 100% albo sobie darujmy. Kiedyś myślałam, że może dam radę, że spróbuję, zobaczę, poczekam... Aż 24 lutego tego roku powiedziałam: "dość prób - tym razem robię to na 100%". Nie było wtedy kręcenia nosem, że fajnie jakbym schudła z 2 - 3 kilogramy, gdyby było więcej to super, zobaczymy. NIE! Postanowiłam, że będzie więcej, że musi być więcej i że nie jest to moje próbowanie, ale czynne działanie - mój cel! I wiecie co? Naprawdę się da! Wszystko się da - wystarczy chcieć!

Odchudzanie zaczyna się w głowie!